— I to właśnie wtedy — rzekł Monte Christo — przyszedłeś do mnie z listem od księdza Busoniego?
— Tak, panie hrabio; ksiądz naprawdę się mną zainteresował. „Rzemiosło twoje cię zgubi — rzekł do mnie. — Jeśli stąd wyjdziesz, porzuć je”.
„Ale jakże ja wyżyję, wielebny ojcze? — zapytałem — ja sam i moja biedna bratowa?”.
„Jeden z moich penitentów darzy mnie wielką estymą; ostatnio prosił mnie, bym mu wyszukał człowieka godnego zaufania. Czy chciałbyś, bym cię do niego skierował?”.
„Ach, mój ojcze! Ile dobroci!” — zawołałem.
„Ale przysięgniesz mi, że nie będę tego żałował?”.
Podniosłem rękę do przysięgi.
„Nie trzeba. Znam i lubię Korsykanów, masz tu list z rekomendacją”.
Napisał kilka słów; oddałem list panu hrabiemu i ekscelencja raczył przyjąć mnie do służby. A teraz ośmielę się zapytać, panie hrabio, z całą dumą, czy miał pan kiedykolwiek powód, by się na mnie skarżyć?
— Nie — odpowiedział hrabia. — Wyznaję z radością, że jesteś dobrym sługą, panie Bertuccio, chociaż sam nie miałeś zbyt wiele zaufania do mnie.