— A ja za panem — odparł Monte Christo.

46. Zaprzęg siwojabłkowity

Baron poprowadził hrabiego przez długi szereg pokoi, uderzających ciężkim, niegustownym przepychem. Doszli do buduaru pani Danglars: niewielka ta komnatka miała ośmiokątny kształt, a wybita była różowym atłasem, który powleczono indyjskim muślinem; stare pozłacane fotele pokrywała równie staroświecka materia; w supraportach zawieszono pasterskie scenki rodzajowe w stylu Bouchera; na koniec dwa ładne pastelowe medaliony, harmonizujące z resztą umeblowania, sprawiały, że w całym pałacu tylko ten jeden pokój miał jakiś charakter; choć prawda, że wymknął się on jakoś ogólnemu planowi, jaki pan Danglars ułożył ze swoim architektem — jedną z największych sław za czasów cesarstwa. Cały jego wystrój obmyślili pani baronowa i Lucjan Debray. Dlatego też pan Danglars, wielki miłośnik starożytności, tak jak ją rozumiano za Dyrektoriatu, lekceważył ów przytulny, kokieteryjny buduarek, do którego zresztą wpuszczano go tylko pod warunkiem, że usprawiedliwił swoją obecność, przyprowadzając kogoś ze sobą. A zatem, to nie Danglars wprowadzał tu gościa, ale gość gospodarza i doznawał przyjęcia dobrego lub złego, w zależności od tego, czy gość spodobał się pani baronowej.

Pani Danglars, o której wciąż mówiono jako o piękności, choć miała już trzydzieści sześć lat, siedziała przy fortepianie ozdobionym wspaniałą mozaiką; Lucjan Debray przeglądał jakiś album przy stoliczku.

Przed przybyciem hrabiego Lucjan zdążył o nim dużo opowiedzieć pani baronowej. Wiadomo, jakie wrażenie wywołał Monte Christo na śniadaniu u Alberta; choć Debray był raczej zblazowany, wrażenie to było wciąż żywe w jego pamięci i wszystko, co opowiadał baronowej, tchnęło jeszcze tym niezwykłym wrażeniem. Ciekawość pani Danglars, pobudzona opowiadaniem Alberta i świeższymi wiadomościami od Lucjana, sięgała więc szczytu.

Dlatego też jedno siadło do fortepianu, a drugie zajęło się albumem — było to tylko zręczne maskowanie prawdziwego zaciekawienia jednym z owych drobnych podstępów wielkiego świata.

Dlatego też baronowa przyjęła męża z uśmiechem, z czym mógł się tu spotkać nader rzadko.

Hrabiego przyjęła zaś głębokim, ceremonialnym, ale pełnym wdzięku ukłonem.

Lucjan wymienił z hrabią ukłon taki, jak wypada przy świeżej znajomości, a z Danglarsem skinienie, dowodzące zażyłych stosunków między nimi.

— Pani baronowa pozwoli — rzekł Danglars — przedstawić sobie hrabiego de Monte Christo, którego polecają mi jak najusilniej moi rzymscy korespondenci. Dodam jeszcze tylko, że wkrótce szaleć będą za nim wszystkie nasze piękne kobiety; przybywa do Paryża z zamiarem, by zabawić tu rok i przez ten czas wydać sześć milionów. To zapowiada bale, obiady, kolacje; a mamy nadzieję, że gdy pan hrabia będzie je wydawał, nie zapomni o nas, podobnie jak i my nie zapomnimy o nim, zapraszając go na nasze skromne zabawy.