— Że gdy mój stangret chciał zaprzęgać moje konie do powozu, nie zastał ich w stajni; pytam tedy, co to znaczy?

— Żono, racz posłuchać — rzekł Danglars.

— O, posłucham chętnie, bom bardzo ciekawa, co mi powiesz; panowie rozsądzą sprawę, a więc najpierw wyjawię, w czym rzecz. Mój mąż ma dziesięć koni, w tym dwa są moje, prześliczne, najpiękniejsze w Paryżu; wie pan, które, panie Debray, te siwojabłkowite! I oto w chwili, gdy pani de Villefort prosi mnie, abym jej pożyczyła powozu z końmi, bo chciała się przejechać jutro do Lasku Bulońskiego, a ja jej to obiecuję, konie znikają ze stajni! Pan Danglars zapewne mógł na nich zarobić kilka tysięcy franków i je komuś sprzedał. O, ci finansiści!... cóż za nikczemna rasa!

— Pani — odpowiedział Danglars. — Konie twoje były nadto ogniste, zaledwie czterolatki, przez nie zawsze o ciebie drżałem.

— E, mój mężu, wiesz przecież, że od miesiąca mam najlepszego stangreta w Paryżu, chyba żeś go sprzedał razem z końmi.

— Droga moja, wystaram ci się o równie piękne, piękniejsze nawet, jeżeli się znajdą, ale za to łagodne, spokojne i nie będę miał już powodu tak się o ciebie bać.

Baronowa z największą pogardą wzruszyła ramionami.

Danglars jakby nie spostrzegł tego gestu, który aż zbyt dobrze zdradzał, jakie stosunki panują między małżonkami i zwrócił się do Monte Christo:

— Doprawdy żałuję, żem nie poznał wcześniej pana hrabiego; urządzasz się pan tu ze wszystkim?

— A tak.