— Pani — rzekł poważnie Monte Christo, pochłaniając wzrokiem te dwie płynne perły, co spływały po policzkach Julii — gdyby lord Wilmore widział to, co ja tutaj widzę, może pokochałby jeszcze życie, bo pani łzy pogodziłyby go z rodzajem ludzkim.

Wyciągnął rękę do Julii, a ona podała mu swoją, jak urzeczona wzrokiem i tonem głosu hrabiego.

— Przecież ten lord Wilmore — spytała, podchwytując tę ostatnią nadzieję — musi mieć jakąś rodzinę, krewnych, ktoś go przecież znał? Czyż nie moglibyśmy?...

— O, nie, nie szukaj go pani — przerwał hrabia. — Nie buduj pięknych złudzeń na słowach, jakie mi się niechcący wymknęły. Nie, lord Wilmore raczej nie jest człowiekiem, którego pani szukasz. Był moim przyjacielem, znałem jego tajemnice, opowiedziałby mi o tym wydarzeniu.

— Nic panu o tym nie mówił? — zawołała Julia. — Nigdy nie napomknął ani słowem, z czego można by wywnioskować?...

— Nie.

— A przecież wymienił go pan od razu?

— O, wie pani... zawsze się snuje jakieś przypuszczenia w podobnych przypadkach.

— Siostrzyczko, siostrzyczko — rzekł Maksymilian, idąc na pomoc hrabiemu — pan hrabia ma rację. Przypomnij sobie, co nam tak często mówił ojciec: „to nie żaden Anglik ofiarował nam tyle szczęścia”.

Monte Christo zadrżał.