— Ojciec mówił wam coś takiego? — podchwycił żywo.
— Ojciec widział w tym wydarzeniu cud. Ojciec wierzył, że nasz dobroczyńca powstał dla nas z grobu. O, to był doprawdy wzruszający przesąd, sam w to nie wierzyłem, ale nie chciałem niszczyć tej wiary w jego szlachetnym sercu! Ileż razy ojciec w zadumaniu szeptał imię drogiego przyjaciela, przyjaciela utraconego; a gdy umierał, gdy bliskość wieczności jakby ofiarowała mu dar objawienia, jego myśl, dotąd tylko przy puszczenie, zmieniła się w przekonanie, albowiem ostatnie słowa, jakie wyrzekł, to: „Maksymilianie, to był Edmund Dantès!”.
Hrabia od kilku chwil bladł coraz bardziej, a słysząc te słowa, pobladł przerażająco.
Krew napłynęła mu do serca, nie mógł wyrzec słowa.
Spojrzał na zegarek, jakby zapomniał, która godzina, wziął cylinder, pożegnał panią Herbault, mamrocąc w zakłopotaniu jakąś formułkę grzecznościową, i uścisnął ręce Emanuelowi i Maksymilianowi.
— Pani, proszę mi pozwolić, abym mógł ją czasem odwiedzić. Dom państwa jest uroczy i jestem wdzięczny za tak serdeczne przyjęcie, pierwszy raz od wielu lat tak się zasiedziałem.
I wyszedł wielkimi krokami.
— Co za dziwaczny człowiek, ten twój hrabia de Monte Christo — odezwał się Emanuel.
— Tak — odparł Maksymilian — ale myślę, że ma złote serce i jestem pewien, że bardzo nas polubił.
— A mnie — rzekła Julia — jego głos zapadł w samo serce, kilka razy wydało mi się, że nie słyszę go po raz pierwszy.