— Czyżby twój ojciec mnie nienawidził, dziadek natomiast... Osobliwe są te sympatie i antypatie między partiami.
— Cicho — szepnęła nagle Valentine. — Ukryj się, uciekaj, ktoś idzie! Maksymilian chwycił za motykę i jął bez litości kopać lucernę.
— Panienko! Panienko! — zawołał głos zza drzewa. — Jaśnie pani szuka wszędzie panienki. Przyszedł jakiś gość, jest już w salonie.
— Gość? — zdziwiła się Valentine, cała jeszcze poruszona. — A któż to składa nam wizytę?
— Wielki pan, książę podobno, pan hrabia de Monte Christo.
— Już idę — odpowiedziała Valentine.
Maksymilian zadrżał po drugiej stronie bramy — to „już idę” oznaczało, jak zwykle, koniec ich spotkania — służyło za pożegnanie.
— No, no — rzekł do siebie Maksymilian oparty w zamyśleniu na motyce. — A skądże to hrabia Monte Christo zna pana de Villefort?
51. Toksykologia
Był to istotnie hrabia Monte Christo, który składał rewizytę u pana de Villefort. Rozumiemy dobrze, że w całym domu zapanowało poruszenie.