Pani de Villefort, która właśnie była w salonie, gdy zaanonsowano hrabiego, posłała natychmiast po syna, by ten ponownie podziękował hrabiemu. Edwardek, który od dwóch dni słuchał, jak wszyscy mówili tylko o hrabi, nadbiegł w te pędy, kierowany nie tyle posłuszeństwem wobec matki, ile ciekawością i chęcią spłatania jakiegoś psikusa. Matka bowiem mawiała w takich razach: „Niedobre dziecko, ale takie inteligentne, że muszę mu wybaczyć!”.

Wymienili zwyczajowe grzeczności i hrabia zapytał o pana de Villefort.

— Mąż jest na obiedzie u kanclerza — odpowiedziała młoda kobieta. — W tej chwili wyjechał. Jestem pewna, że będzie niepocieszony, że ominął go taki zaszczyt, jak pańskie odwiedziny.

Goście, którzy przybyli z wizytą przed hrabią, a którzy pożerali go wręcz wzrokiem, odczekali przepisową chwilę, kierując się w równej mierze etykietą, co własną ciekawością, po czym dyskretnie się pożegnali.

— A co robi twoja siostra? — zapytała Edwardka pani de Villefort. — Trzeba ją powiadomić, bym mogła ją panu hrabiemu przedstawić.

— To masz pani również córkę? — zapytał hrabia. — Zapewne jeszcze dziecko?

— To córka męża z pierwszego małżeństwa — odpowiedziała pani de Villefort. — Jest już dorosła i bardzo ładna.

— Tylko że melancholiczka — przerwał Edwardek, który chcąc sporządzić sobie pióropusz do kapelusza, zajmował się właśnie wyrywaniem piór z ogona pięknej ary, wrzeszczącej z bólu na swym złoconym drążku.

Pani de Villefort zwracając się do chłopca, powiedziała tylko:

— Cicho bądź, Edwardku! — I dodała: — Ten mały trzpiot ma niestety rację i powtarza jedynie to, o czym niejednokrotnie sama mówiłam. Panna de Villefort, mimo wszystkich naszych wysiłków, by ją rozerwać, ma dość smutne i mrukliwe usposobienie, co niewątpliwie szkodzi jej wdziękom. Ale dlaczego jej nie ma? Zobacz no, Edwardku.