— O, bo szukają ją tam, gdzie jej nie ma.

— A gdzie jej szukają?

— U dziadka.

— Skąd wiesz, że jej tam nie ma?

— Nie ma, nie ma, nie ma, nie ma — zanucił chłopiec.

— W takim razie, gdzie jest? Skoro wiesz, czemu nic nie mówisz?

— Jest pod wielkim kasztanem — odpowiedział złośliwie chłopiec, karmiąc papugę mimo napomnień matki żywymi muchami, papudze zaś zdawała się mocno odpowiadać owa zwierzyna.

Pani de Villefort właśnie sięgała do dzwonka, by powiedzieć służącej, gdzie ma szukać dziewczyny, gdy Valentine zjawiła się w drzwiach. Wydawała się rzeczywiście smutna, a przyglądając się uważnie, można było nawet dostrzec w jej oczach ślady łez.

Przez spieszny tok narracji zapomnieliśmy opisać czytelnikowi Valentine. Było to dziewczę lat dziewiętnastu, wysokie i smukłe. Włosy miała jasne, oczy ciemnoniebieskie, chód pełen powagi i naznaczony jakąś uroczą dystynkcją, która przypominała do żywego jej matkę. Białe dłonie, długie i szczupłe palce, szyja o iście perłowej barwie, lica blade, na których z rzadka gościł przelotny rumieniec, czyniły ją na pierwszy rzut oka podobną do jednej z tych pięknych Angielek, które przyrównać można poetycko do łabędzi wdzięcznie przeglądających się w wodzie.

Weszła, a spostrzegłszy obok matki cudzoziemca, o którym tak wiele już słyszała, skłoniła się lekko, nie krygując się, jak to zwykle czynią dziewczęta, i nie spuszczając wzroku, z takim wdziękiem, że hrabia spojrzał na nią z jeszcze większą uwagą.