— Tak, oczywiście — tu młoda kobieta lekko się zarumieniła. — Przypominam sobie, rozmawiałam z mężczyzną w długim, wełnianym płaszczu. Zdaje się, że był on lekarzem.

— Właśnie. A tym mężczyzną byłem właśnie ja. Już od dwóch tygodni mieszkałem w owym hotelu i leczyłem z malarii mojego służącego, a gospodarza z żółtaczki, tak iż w końcu zaczęto mnie brać za wielkiego lekarza. Rozmawialiśmy długo o różnych rzeczach: o Peruginim i Rafaelu, o zwyczajach, ubiorach, o słynnej aqua-tofana, której sekret znało jeszcze wówczas kilku ludzi w Peruzie.

— Tak, tak — rzekła żywo pani de Villefort z pewnym niepokojem w głosie. — Już sobie przypominam.

— Nie pamiętam szczegółów naszej rozmowy — rzekł hrabia, całkowicie opanowany. — Wiem tylko, że podobnie jak inni, biorąc mnie za lekarza, poprosiłaś mnie pani o radę w kwestii zdrowia panny Valentine.

— Ale przecież faktycznie byłeś pan wówczas lekarzem i wyleczyłeś tych chorych.

— Molier albo Beaumarchais odpowiedzieliby, że właśnie dlatego, iż nim nie byłem, moi pacjenci zostali uleczeni, a raczej wyleczyli się sami... Mogę pani jedynie powiedzieć, że nieźle zgłębiłem chemię i nauki przyrodnicze, ale jedynie jako amator.

W tej chwili wybiła szósta godzina.

— Już szósta — rzekła pani de Villefort, wyraźnie poruszona. — Valentine, nie zobaczyłabyś, czy dziadek już gotowy do obiadu?

Dziewczyna podniosła się i skłoniwszy się hrabiemu, wyszła bez słowa z pokoju.

— O Boże, czy to z mojego powodu oddalasz pani córkę? — zaniepokoił się hrabia.