— Bynajmniej — odpowiedziała żywo młoda kobieta — tyle że to godzina, w której zwykliśmy jadać razem z panem Noirtier. Zapewne pan wiesz, w jak tragicznym stanie znajduje się ojciec mojego męża.

— Tak, mąż pani wspominał coś o tym. Zdaje się paraliż...

— Niestety! Tak właśnie jest, biedny starzec nie może w ogóle się ruszać, dusza jedynie czuwa jeszcze w tym ciele, choć i ona świeci tylko bladym, drżącym światłem, niczym lampa, co wkrótce zgaśnie. Proszę mi jednak darować, że mówię panu o tych rodzinnych nieszczęściach. Zdaje się, że przerwałam panu, gdy mówiłeś, że jesteś dość zręcznym chemikiem.

— Och, nie to miałem na myśli — odpowiedział hrabia z uśmiechem. — Przeciwnie, uczyłem się chemii, gdyż wybrawszy Wschód na miejsce zamieszkania, chciałem pójść w ślad króla Mitrydatesa.

Mithridates rex ponticus — dał o sobie znać Edwardek, który zajmował się wycinaniem rycin z pięknego albumu. — To ten sam, który co ranka pił na śniadanie filiżankę trucizny ze śmietanką.

— Edward! Niedobre dziecko! — zawołała pani de Villefort, wyrywając mu zniszczoną książkę. — Jesteś nieznośny, przeszkadzasz tylko! Idź do dziadka.

— Nie pójdę, póki nie dostanę albumu — odpowiedział i rozsiadł się wygodnie w fotelu, nie mając najmniejszego zamiaru ustąpić.

— Masz i idź sobie — rzekła pani de Villefort.

Oddała mu album i poszła z nim do drzwi. Hrabia nie spuszczał z niej wzroku.

— Zobaczymy, czy zamknie za nim drzwi — rzekł cicho do siebie.