Pani de Villefort bardzo starannie zamknęła drzwi za synkiem. Hrabia udał, że tego nie widzi. I obejrzawszy się wokół siebie raz jeszcze, kobieta usiadła na dawnym miejscu.
— Proszę mi wybaczyć tę uwagę, ale uważam, że jesteś pani zbyt surowa dla tego zachwycającego malca — rzekł hrabia z właściwą mu dobrodusznością, którą już znamy.
— Kiedy tak właśnie trzeba — odpowiedziała pani de Villefort z iście matczyną pewnością siebie.
— Mówiąc o Mitrydatesie, Edwardek powtarzał tylko Korneliusza Neposa, pani zaś mu przerwała w środku cytatu, który jedynie dowodzi, że jego nauczyciel nie traci czasu i że syn pani jest nad wiek rozwinięty.
— To prawda — odpowiedziała matka, mile połechtana pochlebstwem — że wszelka nauka przychodzi mu łatwo. Jest jednak zbyt samowolny. Wróciwszy jednak do tego, o czym wspomniał, czy według pana rzeczywiście Mitrydates stosował takie środki ostrożności i czy były one skuteczne?
— Tak i to do tego stopnia, że ja sam używałem tego środka, by mnie nie otruto w Neapolu, Palermo i Smyrnie. Gdyby nie to, już dawno bym nie żył.
— Więc sposób okazał się skuteczny?
— Najzupełniej.
— Tak, przypominam sobie teraz, że wspominałeś coś takiego w Peruzie.
— Doprawdy? — hrabia udał zdziwienie. — Nie przypominam sobie niczego takiego.