Albert wstał.

— Już pan idziesz?

— To mi pytanie! Już od dwóch godzin pana zamęczam, a pan w swojej uprzejmości pytasz mnie, czy już idę! Doprawdy, jesteś pan, hrabio, najuprzejmiejszym człowiekiem pod słońcem! A pańska służba jaka jest wyszkolona! Zwłaszcza Baptysta! Nigdy nie udało mi się takiego dostać. Jeśli kiedykolwiek odprawi pan Baptystę, proszę go zaraz przysłać do mnie.

— Dobrze.

— To jeszcze nie wszystko: proszę pozdrowić ode mnie pana Cavalcante dei Cavalcanti, a jeśli przypadkiem chciałby ożenić syna, proszę mu znaleźć bogatą pannę, z dobrego rodu, przynajmniej po kądzieli, ale za to baronównę po ojcu. Ja panu w tym pomogę.

— Oho ho, czy to aby nie za wiele?

— Ach, hrabio — wykrzyknął Albert — sam pan nie wie, jaką by mi pan oddał przysługę i jak bardzo byłbym panu oddany, gdybym dzięki panu pozostał jeszcze kawalerem, nawet gdyby to miało być jeszcze dziesięć lat.

— Wszystko jest możliwe — odparł poważnie Monte Christo.

Pożegnał się z Albertem, wrócił do siebie i zadzwonił trzy razy. Zjawił się Bertuccio.

— Panie Bertuccio — rzekł hrabia — wiesz pan, że w sobotę będę miał gości w Auteuil.