— Ach, doprawdy, ależ mamy szczęście! — zawołał Toskańczyk, który sądził, że cel jego podróży został chybiony z braku dokumentów i zląkł się, że przez to mogą wystąpić pewne trudności w sprawie czterdziestu ośmiu tysięcy liwrów. — W ogóle o tym nie pomyślałem.
— Dalibóg, trudno myśleć o wszystkim. Na szczęście ksiądz Busoni pomyślał o tym za pana.
— To człowiek godny podziwu! A więc przysłał panu te papiery?
— Oto one.
Pełen zachwytu Toskańczyk złożył dłonie jak do modlitwy.
— Poślubiłeś pan Olivię Corsinari w kościele Świętej Pauliny de Monte Catini. Oto zaświadczenie kapłana.
— No tak! Coś podobnego! — rzekł major spoglądając ze zdumieniem na zaświadczenie.
— A to metryka chrztu Andrei Cavalcanti, wydana przez proboszcza w Saravezza.
— Wszystko się zgadza — oznajmił major.
— Weź pan te dokumenty, bo nic mi po nich. Oddasz je synowi, będzie je starannie przechowywał.