— I to za wiele, za wiele — wyszeptał Villefort.

Im bardziej zbliżał się koniec listu, tym bardziej Villefort posępniał; jego zbielałe usta, drżące ręce i pałające oczy przejmowały Dantesa najokropniejszą obawą.

Przeczytawszy list, Villefort ukrył twarz w dłoniach i przygnębiony trwał tak chwilę w odrętwieniu.

— Mój Boże, cóż ci jest, panie? — spytał nieśmiało Dantès.

Villefort nie odpowiedział, ale po kilku chwilach podniósł głowę; twarz miał bladą i zmienioną... i odczytał raz jeszcze list.

— Mówisz pan zatem, że nie wiesz, co zawiera ten list? — zapytał znów.

— Na honor, powtarzam, że nie. Ale co panu jest? Mój Boże, pan zemdleje! Czy mam zadzwonić lub zawołać kogoś?

— Nie potrzeba — zawołał Villefort, podnosząc się żywo. — Nie ruszaj się pan i nie odzywaj, ja tu rozkazuję, nie pan.

— Proszę pana — zaprotestował dotknięty Dantès. — Chciałem zawołać o pomoc dla pana, to wszystko.

— Nikogo nie potrzebuję, to chwilowy zawrót głowy i nic więcej. Myśl pan raczej o sobie, nie o mnie — i mów.