— A ja, rozumiesz, mogę żyć tylko w Lukce. Wracam więc jak najprędzej do Włoch.
— Ale przed odjazdem, kochany ojcze, oddasz mi na pewno dokumenty, za pomocą których łatwo mi będzie dowieść mojego pochodzenia?
— Ależ tak, właśnie dlatego przyjechałem, zbyt wiele trudów to wymagało, aby cię odnaleźć i oddać ci je, byśmy mieli znów zacząć się szukać. Zajęłoby mi to resztę życia.
— A gdzież te papiery?
— Oto i one.
Andrea porwał chciwie akt ślubu ojca i swoją metrykę chrztu, a rozłożywszy je ze skwapliwością naturalną u dobrego syna, przebiegł błyskawicznie wzrokiem oba dokumenty, co świadczyło o wprawnym oku i najżywszej ciekawości.
Gdy skończył, twarz rozświetliła mu niewypowiedziana radość; spojrzał na majora z dziwnym uśmiechem i zagadnął:
— Coś podobnego — i w jego ustach zabrzmiała czysta toskańska mowa — czyżby we Włoszech nie było galer?
Major wyprostował się.
— Skąd to pytanie?