— Och, około wpół do siódmej.
Panowie Cavalcanti pożegnali hrabiego i wyszli.
Hrabia podszedł do okna: szli pod rękę przez dziedziniec.
— To dopiero wyjątkowe łotry — szepnął do siebie. — Co za szkoda, że nie są naprawdę ojcem i synem!
Na chwilę zatonął w posępnych myślach, po czym rzekł:
— Pójdę do Morrelów. Mdli mnie od niesmaku jeszcze bardziej niż od nienawiści.
56. Pole lucerny
Niech czytelnicy zgodzą się, byśmy wrócili na pole graniczące z pałacem pana de Villefort; przy bramie osłoniętej gałęziami kasztanów spotkamy osoby znane nam już dobrze.
Tym razem Maksymilian stawił się pierwszy.
Przylgnąwszy okiem do szpary, wypatruje, czy w głębi ogrodu nie przemknie się między drzewami jakiś cień, nasłuchuje, czy jedwabny trzewiczek nie zazgrzyta na piasku alejki.