— Doceniam jego delikatność — rzekł Andrea, chowając bilety bankowe do kieszeni spodni.
— Dobrze — odparł Monte Christo — a teraz się pożegnamy.
— A kiedy będziemy mieli znów zaszczyt ujrzeć pana hrabiego? — zapytał Cavalcanti.
— A, tak. Kiedy będziemy mieli ten zaszczyt? — powtórzył Andrea.
— W sobotę, jeśli już jesteście panowie tak mili... no tak... w sobotę. Będę miał na obiedzie w domu przy ulicy de la Fontaine 28 w Auteuil kilka osób, między innymi pana Danglarsa, pańskiego bankiera. Przedstawię mu panów: musicie się przecież poznać, macie wspólne rachunki.
— W stroju galowym? — spytał półgłosem major.
— W stroju galowym: mundur, pludry, order.
— A ja? — zapytał Andrea.
— O, pan jak najskromniej. Czarne spodnie, lakierki, biała kamizelka, frak czarny albo granatowy, halsztuk. Do tego polecam panu firmę Blin albo Véronique. Jeśli nie zna pan adresów, proszę się zwrócić do Baptysty. Jesteś pan bogaty — im mniej będziesz okazywał pretensjonalności w ubiorze, tym lepsze wrażenie pan zrobisz. Jeśli zechcesz pan kupić konie, idź pan do pana Devedeux. Faeton możesz pan kupić w wozowni Baptiste.
— O której godzinie mamy się stawić? — spytał młodzieniec.