— Widzisz pan — rzekł następnie — zniszczyłem go.

— O, panie! — zawołał Dantès. — Jesteś pan nie tylko wcieleniem sprawiedliwości, jesteś samą dobrocią!

— Ale słuchaj; po tym, coś tu widział, powinieneś wiedzieć, że można mi zaufać, nieprawdaż?

— Ach, niech pan rozkazuje, a wykonam wszystko, co zechcesz.

— Nie — rzekł Villefort, podchodząc bliżej. — Nie chcę panu rozkazywać, rozumiesz, ale tylko poradzić.

— Mów pan, a zastosuję się do rad jak do rozkazów.

— Dziś musisz pozostać w Pałacu Sprawiedliwości aż do wieczora; być może kto inny prócz mnie będzie cię badać. Mów tak, jak tu do mnie mówiłeś, ale o liście nie wspominaj ani słowa.

— Przyrzekam panu.

Villefort zdawał się błagać, oskarżony zaś uspokajać sędziego.

— Widzisz pan — rzekł Villefort, spoglądając na popioły, które jeszcze zachowały kształt strzępków listu i ulatywały nad płomieniami. — Teraz, gdy list został zniszczony, ty i ja wiemy, że istniał; nikt ci go nie pokaże jako dowodu twej winy. Zaprzeczaj więc, gdyby ci o nim mówiono, zaprzeczaj śmiało, a będziesz ocalony.