Starzec dał znak przy drugiej sylabie.
Valentine wzięła słownik i pod uważnym spojrzeniem notariusza, zaczęła przewracać kartki.
Wzrok Noirtiera zatrzymał jej palec przy słowie „testament”.
— Testament! — zawołał notariusz. — To oczywiste, pan Noirtier chce spisać testament.
— Tak — potwierdził Noirtier.
— Przyznaj pan — zwrócił się notariusz do osłupiałego Villeforta — że to jest coś niesłychanego.
— Istotnie — odparł Villefort — a czymś jeszcze bardziej niesłychanym będzie ów testament, bo doprawdy nie wydaje mi się, żeby można było przenieść jego paragrafy na papier słowo po słowie — tak, aby nie brała w tym udziału moja córka. A Valentine, jako osoba zbyt zainteresowana tym testamentem, nie powinna wyjaśniać woli mojego ojca, którą ten będzie przecież formułował niejasno.
— Nie, nie! — dał znak sparaliżowany.
— Jak to! — zdziwił się Villefort. — Valentine nie jest tu osobą zainteresowaną?
— Nie.