— Drogi panie — odezwał się notariusz, który uradowany ze swojego udziału w tak malowniczym wydarzeniu, obiecywał sobie, że porozpowiada o tym na salonach — to, co z początku uważałem za niemożliwe, teraz wydaje mi się niezmiernie łatwe. Spiszemy po prostu tak zwany testament mistyczny, przewidziany i dozwolony przez prawo. Musi być tylko odczytany w obecności siedmiu świadków, testator musi go przy nich poświadczyć, a notariusz zamknąć. Będzie to trwało niewiele dłużej niż spisywanie zwykłego testamentu. Wszędzie są te same uświęcone formuły, a szczegółów dostarczy nam stan interesów testatora. Pan także udzielisz nam informacji, przecież kierujesz sprawami majątkowymi testatora. Aby jednak akt ten był niepodważalny, nadamy mu absolutną autentyczność: pomoże mi w tym jeden z kolegów, choć tak się raczej nie robi, będzie asystował mi przy dyktowaniu. No, jesteś pan zadowolony? — notariusz odwrócił się do starca.
— Tak — odpowiedział Noirtier, promieniejąc z radości, że go zrozumiano.
„Cóż on zamierza zrobić?” — głowił się Villefort; wysokie stanowisko, jakie zajmował, wymagało od niego jak największej powściągliwości, a zresztą i tak nie mógł odgadnąć, co zamyśla jego ojciec.
Odwrócił się więc, aby posłać po drugiego notariusza; ale Barrois, który był przy rozmowie, domyślił się, jakie będzie życzenie pana i zdążył już wyjść.
Prokurator kazał więc sprowadzić żonę.
Po kwadransie wszyscy zgromadzili się już w pokoju sparaliżowanego, nadszedł także drugi notariusz.
Prawnicy porozumieli się w kilku słowach.
Odczytali panu Noirtier ogólnikowy, banalny tekst testamentu; następnie przystąpili do badania władz umysłowych testatora i pierwszy z notariuszy zapytał go:
— Testament, proszę pana, sporządza się zwykle na czyjąś korzyść.
— Tak.