Oczy Noirtiera zabłysły — nie dał się oszukać fałszywej aprobacie, jakiej pani de Villefort udzieliła projektom, które mu przypisywała.

— A więc czy to pannie Valentine de Villefort zapisujesz pan owe dziewięćset tysięcy franków? — zapytał notariusz; wydawało mu się, że zostało mu już tylko umieszczenie takiej klauzuli w testamencie, ale chciał uzyskać potwierdzenie pana Noirtier w obecności wszystkich świadków tej osobliwej sceny.

Valentine cofnęła się i płakała ze spuszczoną głową.

Starzec patrzył na nią przez chwilę z głęboką czułością, następnie odwrócił się do notariusza i zamrugał kilkakrotnie oczyma w bardzo wymowny sposób.

— Nie? — zdziwił się notariusz. — Jak to? To nie pannie Valentine chce pan zapisać cały swój majątek?

— Nie.

— Nie pomylił się pan? — zawołał zdziwiony notariusz. — Na pewno mówi pan „nie”?

— Nie! Nie! — powtórzył Noirtier.

Valentine podniosła głowę. W osłupienie wprawiło ją nie to, że została wydziedziczona, ale to, że wzbudziła w dziadku uczucie, które zazwyczaj dyktuje podobny czyn.

Ale Noirtier patrzył na nią tak tkliwie, że zawołała: