— Mój Boże, cóż się panu stało? — zapytał po wymianie obowiązkowych grzeczności. — Czyżbym przyszedł w chwili, gdy przygotowywał pan jakiś wyrok śmierci?

Villefort spróbował się uśmiechnąć.

— Nie, panie hrabio, w tej sprawie ja jestem ofiarą. To ja przegrałem proces, a pozwały mnie przypadek, upór i głupota.

— O co chodzi? — dopytywał się Monte Christo, wybornie odgrywając przejęcie. — Czyżby naprawdę przydarzyło się panu jakieś nieszczęście?

— Ach, panie hrabio, nie warto o tym mówić — odparł Villefort ze spokojem, w którym przebijała gorycz. — To tylko zwykła strata pieniężna.

— Istotnie — odparł Monte Christo — strata pieniężna to dla pana niewielki kłopot: przy takiej fortunie i przy tak filozoficznym sposobie myślenia, jak pański.

— Toteż nie martwię się tak ze względu na pieniądze, chociaż strata dziewięciuset tysięcy franków godna jest żalu, a na pewno może nieco zdenerwować. Ale bardziej dokucza mi to dziwne zrządzenie losu, przypadku, fatalności... Bo ja wiem, jak nazwać tę siłę, która wymierzyła we mnie ten cios, który obraca wniwecz moje nadzieje majątkowe, a może i przyszłość córki — i to wszystko przez kaprys zdziecinniałego starca.

— Na litość boską, ale o co chodzi? — wykrzyknął hrabia. — Powiedziałeś pan: dziewięćset tysięcy franków? No, to jest suma, której mógłby żałować nawet filozof. A któż to przyprawił pana o taką zgryzotę?

— Mój ojciec, wspominałem panu o nim.

— Pan Noirtier! Ale przecież mówił mi pan chyba, że jest kompletnie sparaliżowany i że odstąpiły go wszystkie władze?