— W żaden sposób nie da się go przekonać, aby zmienił decyzję?

— Ależ tak — oznajmiła pani de Villefort — i to zależy jedynie od mego męża, aby ten testament wydziedziczający Valentine, został sporządzony znów na jej korzyść.

Widząc, że małżonkowie zaczynają rozmawiać parabolami, udał, że przestał się tym interesować i jął przyglądać się z największym skupieniem pełnym aprobaty, jak Edwardek nalewa atrament do poidełka dla ptaków.

— Moja droga — odpowiedział żonie Villefort — wiesz, że niezbyt lubię pozować w domu na patriarchę i że nigdy nie sądziłem, że losy wszechświata zależą od mojego skinienia. Niemniej jest dla mnie ważne, aby rodzina szanowała moje decyzje. Zdziecinnienie starca i kaprys dziecka nie zniszczą projektu, jaki ustaliłem już wiele lat temu. Baron d’Epinay był moim przyjacielem, przecież wiesz pani o tym, i trudno o lepszą partię niż związek z jego synem.

— Sądzisz — spytała pani de Villefort — że Valentine jest w zmowie z dziadkiem?... No tak... Zawsze się sprzeciwiała temu mariażowi, nie zdziwiłabym się, gdyby to, co się dziś stało, było przez nich ukartowane.

— Moja żono, wierz mi, nikt tak łatwo nie wyrzeka się dziewięciuset tysięcy.

— Ale przecież rok temu chciała się wyrzec świata i wstąpić do klasztoru.

— Mniejsza z tym. Powtarzam ci: ten ślub musi dojść do skutku!

— Wbrew woli twojego ojca? — spytała pani de Villefort, chcąc poruszyć inną strunę. — Czyż tak można!

Monte Christo udawał, że nie słucha, ale nie tracił ani jednego słowa z całej tej rozmowy.