— Nie, panie hrabio... mam nadzieję... proszę mi wierzyć... zrobię wszystko, co w mojej mocy — jąkał się Villefort.
— O, nie przyjmę żadnych usprawiedliwień. Czekam na państwa w sobotę, o szóstej. Jeśli państwo nie przyjdziecie, gotów jestem myśleć... czy ja wiem?... że nad tym domem, pustym od dwudziestu lat, ciąży jakaś okropna klątwa albo że opowiada się o nim jakąś krwawą legendę.
— Przyjdę, panie hrabio, przyjdę — pospieszył z zapewnieniem Villefort.
— Dziękuję — odpowiedział Monte Christo. — A teraz państwo pozwolą, muszę się pożegnać.
— A, prawda, mówiłeś pan przed chwilą, że musisz nas opuścić — rzekła pani de Villefort — a nawet zdaje mi się, że chciałeś powiedzieć nam dlaczego, gdy nagle zmieniłeś pan wątek.
— Tak naprawdę, łaskawa pani, chyba nie ośmielę się pani przyznać, dokąd idę.
— Ależ proszę powiedzieć.
— Zamierzam w charakterze prawdziwego gapia, którym zresztą jestem, przyjrzeć się pewnej rzeczy, nad którą nieraz rozmyślałem godzinami.
— Cóż to takiego?
— Telegraf. O, do licha, no nic, trudno, wymknęło mi się.