— Mam jeszcze dziesięć, bo tu jest już jedenaście, a wszystkich było dwadzieścia jeden — o pięć więcej niż rok temu. Nic dziwnego, mieliśmy gorącą wiosnę, a widzi pan, truskawka lubi ciepło. Dlatego też zamiast szesnastu, jak w roku ubiegłym, zebrałem już jedenaście... dwanaście, trzynaście, czternaście, piętnaście, szesnaście, siedemnaście, osiemnaście... Chryste Panie! Brakuje dwóch, a wczoraj jeszcze były, jestem pewien, były tutaj, sam liczyłem. Na pewno podwędził je ten synalek Simonowej, widziałem, jak się tu dziś kręcił. O ty niecnoto, będziesz mi tu okradał ogrody! Nie wie, gdzie go to może zaprowadzić...

— No tak, to poważna sprawa, ale niech pan zważy, że to jeszcze dzieciak — a dzieci są łakome.

— Oczywiście, ale człowiekowi i tak przykro. Ale przepraszam, może jest pan moim zwierzchnikiem, a ja tak pana trzymam?

Spojrzał bojaźliwie i pytająco na hrabiego i jego granatowy surdut.

— Uspokój się, przyjacielu — rzekł hrabia z uśmiechem, w którym umiał zawierać straszliwą groźbę lub ogromną życzliwość, a który wyrażał teraz tylko życzliwość. Nie jestem twoim zwierzchnikiem, nie przyjechałem na inspekcję. Jestem tylko zwykłym podróżnym, przywiodła mnie tu ciekawość i zaczynam już sobie wyrzucać, że narażam cię na stratę czasu.

— O, mój czas nie jest drogi — odrzekł poczciwiec, uśmiechając się z melancholią. Choć wprawdzie ten czas jest własnością rządu i nie powinienem go tracić. Ale otrzymałem zawiadomienie, że mogę godzinkę odpocząć — to mówiąc, rzucił okiem na zegar słoneczny, bo w ogródku było wszystko, nawet zegar słoneczny — a jak pan widzisz, mam jeszcze dziesięć minut, a poza tym truskawki już dojrzały i jeden dzień więcej... Dasz pan wiarę, że podjadają mi je koszatki?

— O, nigdy bym nie przypuszczał — odparł poważnie Monte Christo. — Koszatki to niemili sąsiedzi, zwłaszcza dla nas, bo przecież nie jadamy ich, tak jak Rzymianie, smażonych w miodzie.

— A, Rzymianie to jadali? — zdumiał się ogrodnik. — Jadali koszatki?

— Tak, wyczytałem to u Petroniusza.

— Naprawdę? Ale to chyba niedobre, choć mówi się: tłusty jak koszatka. Nie dziwota, że tłuste: śpią sobie cały boży dzień, a budzą się dopiero na noc, po to, żeby pożreć wszystko, co się tylko da. Proszę pana, miałem w zeszłym roku cztery morele — nadgryzły mi jedną. Miałem brzoskwinię, jedną jedyną, prawda, że to rzadki owoc? I proszę pana, zżarły mi ją od strony muru do połowy. Wspaniała była, a smaczna... Nigdy w życiu nie jadłem lepszej.