Na pięknym dziedzińcu uwijała się wesoło służba; ci, którzy zajmowali się kuchnią, przemykali po odnowionych wczoraj schodach, jakby mieszkali tu od dawna; inni krzątali się w wozowni; każdy powóz, opatrzony numerem, wyglądał tak, jakby stał w swojej przegrodzie już od lat pięćdziesięciu; konie u żłobu odpowiadały rżeniem stajennym, którzy traktowali je z szacunkiem o wiele większym od tego, jakim niejeden sługa darzy swojego pana.
W bibliotece szafy ciągnęły się naprzeciw siebie wzdłuż dwóch ścian, a zawierały mniej więcej dwa tysiące tomów. Jeden regał przeznaczony był na literaturę współczesną; nowość, która wydana została zaledwie wczoraj, już pyszniła się na półce, wystawiając na pokaz czerwoną oprawę ze złoceniami.
Po drugiej stronie domu, symetrycznie do biblioteki, umieszczono oranżerię, pełną rzadkich roślin, rozrosłych bujnie w szerokich japońskich wazach; pośrodku owej oranżerii, radującej zarazem wzrok i powonienie, stał stół bilardowy — i chciałoby się rzec, że gracze zostawili go zaledwie przed godziną, porzucając na suknie zamarłe w bezruchu kule.
Wspaniały Bertuccio uszanował tylko jeden jedyny pokój.
Obok tego pokoju, leżącego w lewym skrzydle na pierwszym piętrze, do którego prowadziły schody paradne, ale z którego można było też wyjść ukrytymi schodkami, służba przechodziła z ciekawością, a Bertuccio z drżeniem.
Punktualnie o piątej hrabia zajechał z Alim przed dom. Bertuccio czekał na przyjazd pana z niecierpliwością i niepokojem; miał nadzieję na słowa pochwały, a jednocześnie obawiał się, że hrabia zmarszczy brwi.
Monte Christo wysiadł na dziedzińcu, zwiedził dom i obszedł ogród, nie wypowiedziawszy jednego słowa, nie pokazawszy po sobie ani zadowolenia, ani rozczarowania.
I tylko, gdy wszedł do sypialni, wyciągnął rękę w kierunku szufladki toaletki z drzewa różanego, którą zauważył już przy pierwszej wizycie.
— To może służyć chyba tylko na rękawiczki — rzekł.
— I owszem, panie hrabio — odparł zachwycony Bertuccio. — Proszę otworzyć, a znajdzie tam pan rękawiczki.