— Żałujesz pan tych pieniędzy? — rzekł Morrel ze swoim szczerym uśmiechem.
— Niech mnie Bóg broni! Żałowałbym tylko wtedy, gdyby koń nie był dobry.
— Taki jest dobry, kochany hrabio, że Château-Renaud, największy koneser koni we Francji, i Debray, co jeździ na arabach ministerialnych, zostali za mną nieco w tyle, a do tego doganiają ich konie pani Danglars, które są w stanie zrobić na godzinę sześć mil.
— Czyli jadą za panem? — upewnił się Monte Christo.
— A tak, i oto są.
Rzeczywiście — w tejże chwili przed bramą stanęły spienione konie ciągnące powóz, a za nimi dwa zdyszane wierzchowce. Brama otwarła się, powóz wraz z dwoma końmi zakreśliły łuk i zatrzymały się przed gankiem.
Debray w mgnieniu oka zeskoczył na ziemię i podbiegł do drzwiczek. Podał rękę baronowej, a ta wychodząc z powozu uczyniła ruch tak dyskretny, że uszedł uwagi obecnych — poza hrabią.
Monte Christo zawsze wszystko dostrzegał — i tym razem zauważył więc, jak mignął, przechodząc z ręki baronowej do ręki Debray’a, biały bilecik, a zręczność, z jaką się to odbyło, wskazywała, że jest to między nimi stały manewr.
Za żoną wysiadł bankier, blady, jakby wychodził z grobu, a nie z powozu.
Pani Danglars rozejrzała się wokół badawczo — tylko Monte Christo mógł zrozumieć to spojrzenie, którym obrzuciła dziedziniec, perystyl i fasadę; następnie, tłumiąc wzruszenie, które na pewno zdradziłaby jej twarz, gdyby baronowa była jeszcze w stanie zblednąć, wspięła się po schodach, mówiąc do Morrela: