— Gdyby pan należał do moich przyjaciół, zapytałabym, czy pański koń jest na sprzedaż...

Morrel uśmiechnął się — ale przypominało to raczej grymas — i spojrzał na Monte Christa, jakby chciał go prosić o wydobycie z tego kłopotu.

Hrabia zrozumiał.

— O, droga pani — rzekł — dlaczego nie zwracasz się do mnie z tym pytaniem?

— Przy panu nie należy wypowiadać żadnych życzeń, bo natychmiast je spełniasz — odparła baronowa. — Dlatego zwróciłam się do pana Morrel.

— Niestety, mogę zaświadczyć, że pan Morrel nie może odstąpić tego konia, od tego bowiem zależy jego honor.

— Jak to?

— Założył się, że w pół roku ujeździ Medeaha. Rozumie więc pani, że gdyby pozbył się go przed terminem, nie tylko przegrałby zakład, ale jeszcze mówiono by, że się przestraszył. A kapitan spahisów nie może narażać się na podobne plotki, choćby nawet szło o zaspokojenie kaprysu pięknej kobiety, co według mnie jest jedną z najświętszych rzeczy pod słońcem.

— Widzi więc pani... — rzekł Morrel, kierując jednocześnie do Monte Christo uśmiech pełen wdzięczności.

— Zdaje mi się przecież — wtrącił Danglars tonem gburowatym, którego nie zdołał zamaskować szeroki uśmiech — że masz, moja żono, koni aż nadto?