— Co to za jedni? — zapytał Danglars hrabiego.
— Słyszałeś pan: panowie Cavalcanti.
— To tylko nazwisko, nic mi to nie mówi.
— A, prawda, zapomniałem, że pan nie znasz naszej włoskiej szlachty. Powiedzieć: Cavalcanti, to to samo, co powiedzieć: ród książęcy.
— Ładną mają fortunkę? — zaciekawił się bankier.
— Kolosalną.
— Cóż porabiają w życiu?
— Próbują je jakoś przejeść, ale nie bardzo im to wychodzi. Mają zresztą u pana kredyt, powiedzieli mi o tym przedwczoraj, kiedy u mnie byli. I zaprosiłem ich głównie ze względu na pana. Przedstawię ich panu.
— Ale zdaje mi się, że bardzo czysto mówią po francusku — zauważył Danglars.
— Syn wychowywał się w jakimś kolegium na Południu, w Marsylii albo gdzieś w okolicach. Przekona się pan, jaki rozentuzjazmowany.