— Nie sądzę.

— Pan major Bartolomeo Cavalcanti! Pan wicehrabia Andrea Cavalcanti! — zaanonsował Baptysta.

Czarny atłasowy kołnierz prosto spod igły, świeżo ogolona broda, siwy wąs, mundur ze szlifami majora ozdobiony trzema medalami i pięcioma krzyżami — jednym słowem, stary żołnierz, jak się patrzy: tak właśnie pojawił się major Bartolomeo Cavalcanti, ów kochający ojciec, którego już znamy.

Ramię w ramię, we fraku aż pachnącym nowością kroczył z uśmiechem na ustach wicehrabia Andrea Cavalcanti, ów pełen szacunku dla rodziciela syn, którego także już znamy.

Trzej młodzi ludzie stali właśnie razem i gwarzyli; ich spojrzenia przeniosły się z ojca na syna — i tu oczywiście zatrzymały się na dłużej, nie pomijając żadnego szczegółu.

— Cavalcanti? — rzekł Debray.

— No, no, piękne nazwisko — zauważył Morrel.

— O tak — dorzucił Château-Renaud. — Włosi nazywają się dobrze, ale ubierają się fatalnie.

— Wybredny jesteś — odparł Debray. — Ubiera się u świetnego krawca, a frak jest prosto spod igły.

— I właśnie to mu zarzucam. Wygląda tak, jakby ubrał się w ten sposób po raz pierwszy w życiu.