— No właśnie, i to mnie najwięcej bawi — rzekł Monte Christo. — Jestem jak Neron: cupitor impossibilium. Ale widzę, że w tej chwili państwa też bawi. I dlatego to mięso, które w rzeczywistości chyba nie dorównuje okoniowi czy łososiowi, wyda się wam zaraz wyśmienite — bo myśleliście, że nie sposób go zdobyć, a jednak jest tu, na stole.

— Ale jak przetransportować takie ryby do Paryża?

— O, nic prostszego. Przyjechały w dwóch beczkach wysłanych jedna trzciną i wodorostami rzecznymi, a druga — sitowiem i roślinami z jeziora. Załadowano je na specjalny furgon. W ten sposób sterlet żył sobie dwanaście dni, a lampreda osiem, a żyłyby sobie dalej, gdyby nie mój kucharz, który usmażył sterleta w mleku, a lampredę w winie. O, ale pan Danglars mi chyba nie wierzy?

— A przynajmniej bardzo wątpię — odpowiedział Danglars, uśmiechając się jak zwykle prostacko.

— Baptysto — rzekł Monte Christo — każ tu przynieść innego sterletę i lampredę, wiesz, te, które przyjechały w innych beczkach i które jeszcze żyją.

Danglars wytrzeszczył oczy, a zebrani klasnęli w dłonie.

Czterech służących przyniosło dwie beczki przystrojone algami; pluskały się w nich po jednej ryby, podobne do tych, które podano na stół.

— Ale dlaczego po dwie z każdego gatunku? — zapytał Danglars.

— Bo jedna mogła przecież umrzeć — odpowiedział z prostotą Monte Christo.

— O, jesteś pan naprawdę cudotwórcą — rzekł Danglars. — Filozofowie mogą sobie mówić, co chcą — być bogatym to wspaniała rzecz.