— A zwłaszcza, gdy się ma takie pomysły — dodała pani Danglars.

— O, pani baronowa czyni mi zbyt wielki zaszczyt. Ten zwyczaj był bardzo w cenie u starożytnych Rzymian. Pliniusz opowiada, że z Ostii sprowadzano do Rzymu pewien gatunek ryb o nazwie mulus — to zapewne nasza dorada. Niewolnicy nieśli je na głowach, przekazując je co jakiś czas po drodze następnym. Mieć żywą doradę, to był dopiero zbytek; ale było też ciekawe patrzeć, jak umiera: kilkakrotnie zmieniała wtedy barwę, przechodziła przez wszystkie kolory tęczy — a potem odsyłało się ją do kuchni. Jej agonia stanowiła jedną z jej zalet. Gdyby nie widziano dorady za życia, gardzono by nią po śmierci.

— No tak, ale z Ostii do Rzymu jest tylko siedem mil — zauważył Debray.

— A tak, to prawda. Ale gdybyśmy nie prześcignęli Lukullusa, nie mielibyśmy żadnej zasługi, bo przecież urodziliśmy się tysiąc osiemset lat po nim — odparował Monte Christo.

Panowie Cavalcanti wybałuszyli oczy, ale mieli na tyle rozsądku, żeby się nie odezwać.

— Wszystko to jest godne podziwu — rzekł Château-Renaud — ale przyznam się, że największe wrażenie robi na mnie prędkość, z jaką jest pan obsługiwany. Przecież kupił pan hrabia ten dom zaledwie pięć czy sześciu dni temu?

— Na pewno nie więcej — przytaknął Monte Christo.

— A jestem pewien, że w ciągu tych paru dni uległ zupełnemu przekształceniu. Jeśli dobrze pamiętam, było tu inne wejście, a dziedziniec był wybrukowany i zupełnie pusty. Dziś jest tam wspaniały trawnik otoczony drzewami, które wyglądają na sto lat.

— No cóż, po prostu lubię zieleń i cień — rzekł Monte Christo.

— Rzeczywiście — wtrąciła pani de Villefort. — Dawniej wchodziło się przez drzwi od drogi, właśnie tamtędy wniósł mnie pan do domu, gdy tak cudownie ocalił mi pan życie.