— Dziwne, panie baronie, ale to samo przyszło mi do głowy, gdy po raz pierwszy wszedłem do środka i dom wydał mi się tak posępny, że nigdy bym go nie kupił, gdyby mój intendent nie załatwił wcześniej tej sprawy. Nicpoń musiał dostać coś w łapę od notariusza.

— To możliwe — wyjąkał Villefort, usiłując się uśmiechnąć — ale proszę mi wierzyć, że nie brałem udziału w tym przekupstwie. Pan de Saint-Méran chciał koniecznie sprzedać ten dom, część posagu swojej wnuczki, bo gdyby jeszcze stał tak niezamieszkały przez parę lat, popadłby w ruinę.

Tym razem zbladł Morrel.

— Był tu zwłaszcza jeden taki pokój — podjął Monte Christo — pokój na pozór zwyczajny, pokój jak każdy inny, obity czerwonym adamaszkiem. A wydał mi się — sam nie rozumiem, czemu — dramatyczny jak nie wiem co.

— A dlaczego — zapytał Debray — dlaczego dramatyczny?

— Czy rozumiemy dokładnie rzeczy, które wyczuwamy instynktownie? — rzekł Monte Christo. — Czyż nie zdarzają się takie miejsca, które wprost tchną jakimś smutkiem? Dlaczego? Nie wiemy. Może kojarzą się nam z tym jakieś wspomnienia, może kaprys myśli przenosi nas w inne czasy, inne miejsce, które nie mają zapewne żadnego związku z czasami, w których żyjemy i miejscem, w którym jesteśmy. W każdym razie pokój ten przypomniał mi w plastyczny sposób pokój markizy de Ganges lub sypialnię Desdemony. O, właśnie! Skoro skończyliśmy obiad, mogę teraz państwu pokazać ten pokój, a potem pójdziemy na kawę do ogrodu: po obiedzie spektakl.

I Monte Christo spojrzał pytająco — pani de Villefort wstała, Monte Christo wstał więc także i wszyscy poszli za ich przykładem.

Pan de Villefort i pani Danglars siedzieli jeszcze przez chwilę, jak przykuci do miejsca. Spojrzeli na siebie pytająco, nie mówiąc ni słowa, nieruchomi, zmrożeni.

— Słyszał pan? — odezwała się pani Danglars.

— Trzeba tam pójść — odpowiedział Villefort i wstając, podał jej ramię.