Goście rozproszyli się już po domu: pchała ich ciekawość, wszyscy byli pewni, że zwiedzanie nie ograniczy się do tego jednego pokoju i że można będzie obejrzeć całą resztę tej rudery, którą Monte Christo przekształcił na pałac.

Wszyscy wyszli więc czym prędzej z jadalni.

Monte Christo poczekał jeszcze na tych dwoje, którzy się tak ociągali; a gdy i oni wyszli, zamknął pochód, uśmiechając się w taki sposób, że gdyby któryś z gości mógł pojąć ów uśmiech, przeraziłby się dużo bardziej, niż widokiem sławetnego pokoju, do którego zmierzali.

Najpierw jednak rzeczywiście zwiedzono po kolei inne apartamenty; pokoje urządzone jak na Wschodzie, bez mebli, a nawet bez łóżek, ale za to pełne sof, poduszek, fajek i broni; salony obwieszone obrazami starych mistrzów i buduary obite chińskimi tkaninami o kapryśnych barwach i fantastycznych deseniach.

Na koniec wszyscy znaleźli się w słynnym pokoju.

Nie było w nim nic szczególnego, poza tym, że chociaż zapadał już zmrok, nie zapalono tu świateł; uderzał też jego staroświecki wygląd, tym bardziej, że wszystkie inne pokoje zostały całkowicie odnowione.

To wystarczyło, aby nadać mu posępny charakter.

— Och! — zawołała pani de Villefort. — Wygląda naprawdę przerażająco!

Pani Danglars chciała wybełkotać kilka słów — ale nikt nic nie dosłyszał.

Każdy rzucił jakąś uwagę, a uwagi te sprowadzały się do jednego: że pokój obity czerwonym adamaszkiem ma w sobie rzeczywiście coś złowróżbnego.