— Tutaj — odrzekli żandarmi.
— Niech idzie za mną, zaprowadzę go do celi.
— No idźże — zawołali żandarmi, popychając Dantèsa.
Więzień poszedł za przewodnikiem; weszli do izby, która przypominała loch; jej ściany były nagie i wilgotne — jakby od łez, co tam spływały. Ustawiony na drewnianym stołku kaganek, którego knot pływał w tłustej, cuchnącej mazi, oświetlał lśniące ściany tego straszliwego przybytku i ukazywał zarazem Dantèsowi przewodnika — był to dozorca niskiej rangi, obdarty i o nikczemnej fizjonomii.
— Tu będziesz dziś pan spał — rzekł. — Już późno, pan komendant śpi; jutro, jak się obudzi i przejrzy rozkazy, może ci wyznaczy inne pomieszczenie. Tymczasem masz pan tu chleb, woda stoi w tym oto dzbanku, słoma jest w kącie — to wszystko, czego tylko więzień żądać może. Dobranoc.
I nim Dantès zdążył otworzyć usta do odpowiedzi, zanim obejrzał się, gdzie jest ów chleb wskazany mu przez dozorcę, zanim mógł zdać sobie sprawę, gdzie znajduje się dzbanek z wodą i nim zauważył, gdzie była słoma przeznaczona na posłanie, dozorca wziął kaganek i zamknąwszy drzwi, pozbawił więźnia ostatniego promienia światła, którego blask na chwilę rozjaśnił ociekające mury.
Tak został sam, wśród ciemności i ciszy, posępny i milczący jak sklepienie celi, której lodowate zimno zdawało się chłodzić jego rozpalone czoło.
Z pierwszymi promieniami dnia, które wpadły do lochu, wszedł dozorca i przyniósł rozkaz, że więzień ma pozostać w tej samej celi. Dantès od wczoraj nie zmienił miejsca; jakaś żelazna ręka przykuła go tam, gdzie stanął wczorajszego wieczoru; stał bez ruchu i patrzył w ziemię.
Tak przetrwał całą noc, nie zmrużywszy ani na chwilę oka.
Dozorca zbliżył się, obszedł go, ale zdawało się, że Dantès go nawet nie dostrzegał.