— Racja, racja... Wynajmę sobie pokoik w jakimś porządnym domu, sprawię sobie przyzwoitą garderobę, będę się co dzień golił i chodził do kawiarni poczytać gazety. Wieczorami będę bywał w teatrze — porozumiem się z jakimś dowódcą klaki. Będę wyglądał na piekarza, co się wycofał z zawodu, dawno już o tym marzę.

— No, świetny pomysł! Jeśli tylko doprowadzisz go do skutku i będziesz rozsądny, wszystko pójdzie jak z płatka.

— Też mi się znalazł Bossuet! A ty, kim zamierzasz zostać?... Parem Francji?

— No, kto wie.

— Pan major Cavalcanti może nawet jest parem, ale niestety, obalili dziedziczne parostwo.

— Nie gadaj o polityce! Dostałeś, czego chciałeś, jesteśmy na miejscu, zeskakuj, już cię nie ma.

— O nie, przyjacielu!

— Jak to nie?

— Zastanów się tylko, mój malutki: czerwona chustka na głowie, buty w rozsypce, żadnych dokumentów, a za to dziesięć złotych napoleonów w kieszeni, nie licząc tego, co tam było, a co razem daje dwieście franków; przecież zatrzymaliby mnie na rogatkach jak nic! Musiałbym się wtedy przyznać, aby się wytłumaczyć, że to ty mi dałeś te dziesięć napoleonów. No i śledztwo: dowiadują się, że opuściłem Tulon bez pożegnania i odstawiają mnie nad Morze Śródziemne. Znowu staję się tylko i wyłącznie numerem 106 i żegnaj śnie, aby wyglądać jak emerytowany piekarz! Nie, nie, synku, wolę ja sobie mieszkać w stolicy i cieszyć się szacunkiem.

Andrea zmarszczył brwi — jak wiemy i jak sam się tym chwalił, nie był dobrym chłopcem. Przystanął na chwilę, błyskawicznie rozejrzał się wokół, a jego ręka wśliznęła się niewinnie do kieszeni i zaczęła delikatnie odwodzić kurek pistoletu kieszonkowego.