— Wiesz co, mężu, robisz postępy — rzekła baronowa nie zmarszczywszy nawet brwi. — Zwykle bywałeś tylko grubiański, dziś zachowujesz się jak cham.

— Bo dziś jestem w humorze gorszym niż zwykle.

Herminia spojrzała na bankiera z najwyższą pogardą. Takie spojrzenia zawsze irytowały dumnego bankiera, ale dziś niemal nie zwrócił na to uwagi.

— A cóż mnie to może obchodzić, że masz zły humor? — odpowiedziała baronowa, zdenerwowana zimną krwią męża. — Czy mnie to dotyczy? Schowaj dla siebie swój zły humor albo dla swoich urzędników, płacisz im, to możesz wyładowywać się na nich!

— Nie, pani. Mylisz się w swoich radach i nie będę z nich korzystał. Moje biuro to mój Paktol, nie będę zakłócał tam spokoju i biegu spraw. Moi urzędnicy to ludzie uczciwi: pracują na mój majątek, a ja im płacę daleko mniej, niż na to zasługują, jeśli zważyć zyski, jakie mam dzięki nim. Nie będę się na nich złościł. Mój gniew skieruję na tych, co jedzą u mnie obiady, zajeżdżają mi konie i rujnują moją kasę.

— A któż to taki rujnuje ci kasę? Mów jaśniej, proszę.

— Och, nie martw się, jeśli to aż taka zagadka, nie każę ci zgadywać długo. Ludzie, którzy szkodzą mojej kasie, to ci, którzy w godzinę wyciągają z niej siedemset tysięcy franków.

— Nie rozumiem, o co ci chodzi, mężu — rzekła baronowa, usiłując jednocześnie ukryć wzruszenie, jakie brzmiało w jej głosie i zapanować nad rumieńcem.

— Przeciwnie, bardzo dobrze rozumiesz. Ale jeżeli nadal chcesz okazywać złą wolę, to dodam, że straciłem siedemset tysięcy na pożyczce hiszpańskiej.

— No, no, coś takiego! — zadrwiła baronowa. — I to ja mam być za to odpowiedzialna?