I kiedy pani Danglars wyrwała się z tego półomdlenia, mogła pomyśleć, że był to zły sen.
65. Plany matrymonialne
Debray miał zwyczaj, jadąc co rano do biura, wstępować na chwilkę do pani Danglars. Ale nazajutrz, po scenie, jaką opisaliśmy, jego kabriolecik nie pojawił się na dziedzińcu.
Wreszcie, o wpół do pierwszej, pani Danglars zawołała o powóz i wyjechała.
Za firankami czatował Danglars — spodziewał się tego wyjazdu. Rozkazał, aby go zawiadomiono natychmiast, gdy pani wróci; ale o drugiej jeszcze jej nie było.
Zawołał więc o powóz, pojechał do Izby i wpisał się na listę mówców: miał skrytykować budżet.
Od dwunastej do drugiej nie wychodził ze swego gabinetu: czytał depesze i chmurząc się coraz bardziej, piętrzył na papierze kolumny cyfr. Przyjął też kilku interesantów, między innymi majora Cavalcanti; major, jak zwykle ubrany w błękitny mundur, sztywny i punktualny, stawił się o wyznaczonej godzinie, aby załatwić u bankiera swoje sprawy.
Danglars, wyszedłszy z Izby po posiedzeniu, podczas którego, wyraźnie wzburzony, zawzięcie atakował ministra, kazał się wieść na Pola Elizejskie pod numer trzydzieści.
Monte Christo był w domu, ale że miał właśnie kogoś u siebie, przekazał prośbę, by Danglars chwilę zaczekał na niego w salonie.
Gdy tak czekał, otwarły się drzwi i wszedł jakiś ksiądz, ale nie czekał tak jak Danglars — widać musiał być tu dość zadomowiony — ukłonił się i znikł za drzwiami prowadzącymi w głąb apartamentów.