Po chwili te same drzwi otwarły się i na progu stanął Monte Christo.
— Drogi baronie, przepraszam pana — rzekł — ale był u mnie właśnie jeden z moich dobrych przyjaciół, ksiądz Busoni, który tylko co przybył do Paryża, a którego widziałeś tu przed chwilą. Dawno się nie widzieliśmy i nie mogłem go tak od razu opuścić. Mam nadzieję, że ze względu na to wybaczysz mi pan, że musiałeś tak czekać.
— Ależ oczywiście, przecież to ja wybrałem się nie w porę.
— Ależ nie, proszę siadać. Ale, na litość boską, co się stało? Jesteś pan bardzo zmartwiony, przeraża mnie to. Zasmucony bogacz to jak kometa, zawsze zapowiada światu jakąś katastrofę.
— Cóż, od wielu dni ciąży na mnie pech, co chwilę przychodzą jeszcze gorsze wieści.
— Boże! Znowu jakiś spadek kursu na giełdzie?
— Nie, te straty już pokryłem, przynajmniej na kilka dni. Idzie teraz o bankructwo w Trieście.
— Coś takiego! A czy pański bankrut nie nazywa się aby Jacopo Manfredi?
— To właśnie on! Wyobraź pan sobie, że co rok nasze wspólne obroty wynosiły osiemset do dziewięciuset tysięcy, Bóg wie, od jak dawna. Nigdy żadnej pomyłki, żadnego opóźnienia; płacił iście jak książę... jeśli książęta płacą. Miałem u niego milion do zwrotu, i proszę, ten szatan zawiesza wypłaty.
— Naprawdę?