— To mi dopiero prawdziwe poświęcenie, tylko przyjaźń na takie stać: oddać komuś kobietę, której samemu by się nie chciało, chyba że na kochankę.
Albert uśmiechnął się.
— À propos — odezwał się — nasz kochany Franz przyjedzie tu lada dzień; ale to raczej pana nie obejdzie, bo zdaje mi się, że go pan raczej nie lubisz?
— Ja? — zdziwił się Monte Christo. — E, drogi panie Albercie, dlaczego pan tak myśli? Ja lubię wszystkich.
— A więc i mnie pan zawarł w tych wszystkich... bardzo dziękuję.
— O, ale nie mylmy pojęć. Kocham wszystkich, tak jak Bóg nakazuje kochać bliźniego, to znaczy po chrześcijańsku; a nienawidzę tylko kilku osób. Ale wracając do pana Franza, mówi pan, że przyjeżdża?
— Tak, ponaglony przez pana de Villeforta. Prokurator chyba tak samo na gwałt chce wydać za mąż pannę Valentine, jak pan Danglars pannę Eugenię. Stanowczo, zdaje mi się, że bycie ojcem dorosłej córki jest wybitnie męczące. Dostaje się od tego gorączki, a puls bije dziewięćdziesiąt razy na minutę, póki nie uda się takiej córki wypchnąć z domu.
— Ale pan d’Epinay nie zachowuje się podobnie do pana: cierpliwie znosi swoje nieszczęście.
— Lepiej, bierze sprawę na poważnie; zakłada białe halsztuki i już opowiada o swojej rodzinie. Zresztą żywi do Villefortów wielki szacunek.
— Chyba nie bezzasadny?