— Jedna z waszych pensjonarek? — zawołała milady; — o mój Boże! jakże jej żałuję!
— Masz pani słuszność, albowiem godna jest politowania: więzienie, groźby, najgorsze obejście, wszystko to wycierpiała. Może jednak — dodała przełożona — pan kardynał miał słuszne powody postępować, w ten sposób, a choć ona wygląda na anioła, nie zawsze można sądzić ludzi z powierzchowności.
— Oho! — pomyślała milady — może ja tu co odkryję, jakoś mi się wiedzie.
I starała się przybrać wyraz niewinności i słodyczy anielskiej.
— Niestety! — mówiła — wiem o tem; powiadają, że nie trzeba ufać fizjognomji; lecz czemuż wierzą ludzie, jeśli nie temu najpiękniejszemu dziełu Stwórcy? Co do mnie, może całe życie będę oszukiwana, lecz zawsze zaufam osobie, której twarz budzi we mnie sympatję.
— Zdaje się pani zatem — powiedziała zakonnica — że ta młoda kobieta jest niewinna?
— Pan kardynał niezawsze karze za zbrodnie — odrzekła — są cnoty, które prześladuje zawzięciej od złych skłonności.
— Pozwól pani, że wyrażę zdziwienie...
— Co panią zadziwia? — rzekła milady naiwnie.
— To, co pani mówi.