— Co on gada?... — mruknął Porthos.
— Cicho, gapiu! — szepnął Athos.
— A jednak obiecaliście mi... — cichutko wybąkał kramarz.
— Możemy cię ratować, gdy sami zostaniemy wolni — rzucił mu w ucho d’Artagnan — a jeżeli okażemy chęć bronienia cię, razem nas z tobą wezmą.
— A jednak, zdaje mi się...
— Chodźcie, panowie, chodźcie — głośno powiedział d’Artagnan — nie mam żadnego powodu bronić tego pana. Pierwszy raz w życiu widziałem go dzisiaj, a przyszedł po to, ażeby się dopominać o komorne. Wszak prawda, panie Bonacieux? Odpowiadaj!
— Najczystsza prawda — zawołał gospodarz — lecz nie powiedział pan jeszcze...
— Ani słowa o mnie, ani o przyjaciołach moich, a o królowej nade wszystko — szepnął mu — albo zaprzepaścisz wszystkich, a siebie nie zbawisz. No!... panowie, dalej, zabierajcie tego jegomościa.
I d’Artagnan popchnął gospodarza ku straży, mówiąc:
— Bezwstydnym łotrem jesteś, mój drogi... przychodzisz upominać się o pieniądze, u mnie!... u muszkietera!... Do więzienia z nim!... Panowie, raz jeszcze powtarzam, zabierzcie go do więzienia i trzymajcie pod kluczem jak można najdłużej, zyskam przynajmniej na czasie, aby mu zapłacić.