— Powiedz mi, powiedz!...
— Pijmy, lepiej zrobimy.
— Pij i opowiadaj.
— Ha! dobrze — rzekł Athos, wychylając i napełniając kieliszek — te dwie rzeczy nieźle chodzą w parze.
— Słucham.
Athos zamyślił się; im dłużej to trwało, bladł coraz mocniej. Znajdował się on w tem stadjum odurzenia, w którym pospolici pijacy padają znużeni snem. On nie spał, marzył tylko głośno. To junactwo pijackie miało w sobie coś przerażającego
— Koniecznie chcesz? — zapytał.
— Proszę... — odrzekł d’Artagnan.
— Niech się stanie, czego żądasz.
— Jeden z moich przyjaciół, rozumiesz! nie ja — rzekł, przerywając sobie ze śmiechem ponurym — pewien hrabia z mojej prowincji, czyli z Berry, szlachetnie urodzony, jak jaki Dandolo lub Montmorency, rozkochał się, mając dwadzieścia pięć lat, w dziewczynie szesnastoletniej, pięknej, jak anioł. Z poza niewinności dziecięcej przebijał umysł żywy, umysł niekobiecy, poetyczny; mało powiedzieć, że podobała się... upajała. Żyła ona w małem miasteczku, przy bracie, który był proboszczem.