W tych stronach oboje byli nowymi przybyszami; skąd?... nikt nie wiedział; lecz, że była piękna, a brat jej świątobliwy, nikomu na myśl nie przyszło pytać, skąd się wzięli.
Zresztą krążyły pogłoski, jakoby byli dobrego pochodzenia. Przyjaciel mój, który był panem na całą okolicę, mógł uwieść ją, lub wziąć przemocą, zależało to od jego woli, wolno mu było!... któżby się był ujął za cudzoziemcami, za nieznanymi?... Na nieszczęście, był to człowiek uczciwy, poślubił ją. Głupiec, dureń, niedołęga!...
— Dlaczego?... skoro ją kochał? — zapytał d’Artagnan.
— Zaczekaj — mówił Athos. — Wprowadził ją do swojego zamku i uczynił z niej najpierwszą damę w okolicy; a trzeba jej przyznać, że umiała utrzymać się na stanowisku.
— Co dalej? — pytał d’Artagnan.
— Otóż! gdy była na polowaniu z małżonkiem ciągnął Athos głosem przytłumionym, mówiąc coraz szybciej — spadła z konia i zemdlała; hrabia rzucił się na jej ratunek, a ponieważ cisnęły ją suknie, przeciął je sztyletem i odsłonił ramiona. Zgadnij, co na jednem z nich było, d’Artagnanie?... — rzekł Athos, wybuchając strasznym śmiechem.
— Skądże mogę wiedzieć?
— Kwiat lilji! — powiedział Athos. — Była napiętnowana.
I duszkiem wychylił kielich, trzymany w ręku.
— To zgroza!... — wykrzyknął d’Artagnan — co ty mówisz?