— O! to pan! to ty!... dziękuję ci, Boże!
— Tak, to ja — odrzekł d’Artagnan — ja, zesłany przez Boga, abym czuwał nad panią.
— Czy i w tym zamiarze śledził pan mnie? — z uśmiechem zalotnym spytała młoda kobieta, której usposobienie drwiące poczynało się objawiać, bo znikły obawy wszelkie jej z chwilą, kiedy poznała przyjaciela w tym, którego uważała za wroga.
— Nie — odrzekł d’Artagnan — przyznaję, że nie; wypadek postawił mnie na drodze pani. Widząc kobietę, pukającą do okna jednego z moich przyjaciół...
— Jednego z przyjaciół pańskich? — przerwała pani Bonacieux.
— Bez wątpienia, Aramis jest najlepszym moim przyjacielem.
— Aramis! Któż to taki?
— Cóż znowu?... chcesz pani powiedzieć może, iż nie znasz Aramisa?
— Pierwszy raz w życiu słyszę to nazwisko.
— Więc to po raz pierwszy do domu tego przychodzisz pani?