— O! pani! — zawołała młoda kobieta, padając na kolana — klnę się w zbawienie duszy, iż gotowa jestem umrzeć dla Waszej Królewskiej Mości.
Wykrzyknik ten z głębi serca pochodził i również, jak pierwszy, wzbudził zaufanie.
— Tak — ciągnęła dalej pani Bonacieux — tak, pełno tu zdrajców dokoła; lecz przysięgam na święte imię Marji Dziewicy, że nikt nie jest tak oddany Waszej Królewskiej Mości, jak ja. Zapinki te, o które dopomina się król, dałaś pani księciu de Buckingham, nieprawdaż? Były one w owej szkatułce z różanego drzewa, którą niósł w ręku? Może się mylę? może nie o to chodzi?...
— O Boże! mój Boże!... — wyszeptała królowa, której zęby szczękały z przerażenia.
— Te zapinki należy odzyskać — mówiła pani Bonacieux.
— Tak, bez wątpienia, potrzeba koniecznie! — zawołała królowa — lecz, co począć, jak temu zaradzić?...
— Trzeba posłać kogoś do księcia.
— Lecz kogo?... kogo?... kogo?... komuż mogę zaufać?...
— Mnie, Najjaśniejsza Pani, zaufaj; uczyń mi ten zaszczyt, a ja znajdę posłańca!
— Lecz trzeba będzie napisać!