— O, tak. To nieodzowne. Dwa słowa ręką Waszej Królewskiej Mości z pieczęcią osobistą.
— Lecz te dwa słowa to potępienie moje, to rozwód, wygnanie!...
— Tak, jeżeli wpadną w niegodne ręce. Lecz zaręczam, iż dojdą według adresu.
— O! mój Boże!... trzeba więc, abym w twoje ręce powierzyła moje życie, cześć i dobre imię!...
— Tak, Najjaśniejsza Pani, trzeba, a ja wszystko ocalę.
— Ale w jaki sposób? powiedz mi to przynajmniej.
— Mąż mój parę dni temu został wypuszczony na wolność; nie miałam jeszcze czasu go odwiedzić. Jest to poczciwe człowieczysko, nie żywiący dla nikogo ani nienawiści, ani miłości. Wszystko, czego zażądam, uczyni; na mój rozkaz pójdzie, i odda list Waszej Królewskiej Mości, według wskazanego adresu, nie wiedząc nawet, co mieści.
Królowa w namiętnem uniesieniu ujęła obie ręce młodej kobiety, wpatrzyła się w nią, jakby chciała do głębi serca przeniknąć, a widząc najczystszą szczerość w jej oczach, czule ją uściskała.
— Uczyń to! — zawołała — a ocalisz mi życie, cześć moją ocalisz!...
— O! Najjaśniejsza Pani, nie przeszkadzaj przysługi, jaką mam szczęście ci oddać; nie ma nic, czegobym nie uczyniła dla Waszej Królewskiej Mości, która jesteś jedynie ofiarą przewrotnych intryg.