— Słyszę na ulicy rozmowę.
— To głos...
— Mojego męża. Tak, to on!
D’Artagnan rzucił się do drzwi i zasunął rygiel.
— Nie wejdzie, dopóki ja stąd nie wyjdę — rzekł otworzysz mu, kiedy mnie już nie będzie.
— Lecz i ja tu być nie powinnam. Jeżeli zostanę, jak usprawiedliwię zniknięcie pieniędzy?
— Słusznie, trzeba wyjść.
— Wyjść, a jak nas zobaczy?
— To trzeba wejść do mnie.
— A! mówisz to takim tonem, że mnie przerażasz — zawołała pani Bonacieux.