Słowa te wyrzekła ze łzami w oczach.

Dostrzegł jej d’Artagnan i pomieszany, zmiękczony, rzucił się jej do kolan.

— U mnie — rzekł — będziesz bezpieczna, jak w świątyni, słowem szlacheckiem ci ręczę.

— Idźmy — rzekła — ufam ci, mój drogi.

D’Artagnan odsunął ostrożnie rygiel, i oboje, jak dwa lekkie cienie, przesunęli się przez drzwi wewnętrzne do korytarza, bez szelestu przebyli schody i weszli do pokoju d’Artagnana.

Znalazłszy się u siebie, młodzieniec, dla wszelkiego bezpieczeństwa zabarykadował drzwi.

Podeszli tu do okna i przez szparę w okiennicy ujrzeli pana Bonacieux, rozmawiającego z mężczyzną w płaszczu.

Na widok tego ostatniego, d’Artagnan skoczył jak oparzony i, chwytając rękojeść szpady rzucił się ku drzwiom.

Był to mężczyzna z Meung.

— Co robić zamyślasz? — krzyknęła pani Bonacieux — chcesz nas zgubić!