— Ależ przysiągłem sobie zabić tego człowieka — odparł d’Artagnan.
— Życie twoje nie do ciebie teraz należy. Zabraniam ci, w imieniu królowej, narażać się na niebezpieczeństwa, nie mające łączności z twoją podróżą.
— A w swojem imieniu, czy nic mi nie rozkazujesz?
— W mojem — odrzekła z żywem wzruszeniem pani Bonacieux — w mojem imieniu proszę cię o to. Lecz posłuchajmy, zdaje mi się, iż mówią o mnie.
D’Artagnan zbliżył się do okna i nadstawił ucha.
Pan Bonacieux otworzył drzwi i, widząc, że mieszkanie puste, powrócił do mężczyzny w płaszczu, którego pozostawił na chwilę samego.
— Wyszła — rzekł — musiała powrócić do Luwru.
— Pewny zatem jesteś — odparł obcy mężczyzna — że nie przypuszcza, w jakich zamiarach wyszedłeś?
— Nie — odrzekł zarozumiale Bonacieux — ona w ogóle mało myśli, to kiepska głowa kobieca!...
— A ten kadet z gwardji czy jest w domu?